Bartosz Arłukowicz kontra Porozumienie Zielonogórskie – kto wygra to starcie?

 

Stary rok za nami. W nowy jednak weszliśmy tradycyjnie – zadymą wokół służby zdrowia. Historia konfliktów o kontrakty jest niemal tak stara jak obowiązujący obecnie system ochrony zdrowia.

Czas czterech reform

Gdy z dniem 1 stycznia 1999r., w życie weszła, opracowana przez rząd Jerzego Buzka, reforma służby zdrowia wieszczono rychły koniec problemów tego sektora usług publicznych. Przejście z modelu budżetowego na system ubezpieczeniowo-budżetowy finansowania miał skończyć nakręcającą się spiralę zadłużenia. Wprowadzenie zaś lekarzy rodzinnych, zaś uprościć diagnostykę i ułatwić dostęp do specjalistów. Ławo było naobiecywać, trudniej jednak wykonać. Wprowadzenie pośrednika czyli Kas Chorych nie tylko skomplikowało system rozliczeń, lecz także zwiększyło koszty funkcjonowania całego systemu. Armię urzędników trzeba przecież za coś utrzymać, a w budżecie Ministerstwa Zdrowia nigdy się nie przelewało. Osiągnięto ten efekt cedując finansowanie na, wprowadzane jednocześnie reformą administracyjną, jednostki samorządu terytorialnego. Od tej pory to na gminach i powiatach spoczął obowiązek zapewnienia świadczeń zdrowotnych. O tym, że zasada przyświecająca reformie: „pieniądze podążają za pacjentem” nie sprawdza się w praktyce, przekonano się już cztery lata później. W 2003 roku, SLD spełniła swoje obietnice wyborcze i Kasy Chorych zastąpiono centralnym Narodowym Funduszem Zdrowia. Czy decyzja ministra Łapińskiego była słuszna? Nie mnie to oceniać. Niezmiennym pozostaje fakt, że 16 regionalnych molochów zastąpiono jednym mega molochem, studnią bez dna ze sporym apetytem na pieniądze.

To wykończyło do reszty już i tak ledwo funkcjonujący system. Do dnia dzisiejszego, żaden Premier czy Minister Zdrowia nie odważył się uprzątnąć tego bałaganu. Życie jednak pokazuje, że patologia tworzy kolejne.

Czas Porozumienia Zielonogórskiego

Porozumienie Zielonogórskie (jak podaje Wikipedia) powstało z inicjatywy lekarzy województwa lubuskiego: Elżbiety Tomiak, Roberta Sapy oraz Janusza Tylewicza. Powołane zostało 2 sierpnia 2003 roku w Zielonej Górze przez świadczeniodawców z 5 województw: lubuskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego, opolskiego i śląskiego. Powstanie organizacji lekarzy, a ogólniej świadczeniodawców, było reakcją na monopolistyczną pozycję Narodowego Funduszu Zdrowia oraz prowadzoną przez ówczesny rząd politykę ochrony zdrowia. Tyle teoria, a ja było w praktyce:

Rok 2004

W październiku 2003 roku członkowie Porozumienia Zielonogórskiego postanowili nie przystępować do konkursu ofert NFZ na rok 2004. Powodem podjętej decyzji był sprzeciw wobec narzucanych przez NFZ warunków kontraktów, które poszerzały zakres obowiązków lekarzy rodzinnych. Doprowadziło to do stanu, w którym na dzień 1 stycznia 2004r. 10 milionów pacjentów straciło dostęp do lekarzy rodzinnych.

Był to pierwszy sygnał, że system się załamał, a lekarze organizując się, zaczęli zagrażać, w sposób podobny do górników, podstawom funkcjonowania państwa. Niestety rządzącym w tym czasie zabrakło odwagi do dokonania niezbędnych reform. Jest to o tyle dziwne, że SLD, które posiadało 216 manatów, w połowie kadencji parlamentu nie zdecydowało się na krok, który odwróciłby tendencję spadkową poparcia i mógł zapewnić drugie z rzędu zwycięstwo w wyborach parlamentarnych 2005r.

Zamiast tego zdecydowano się na działania doraźne. Rząd ustąpił lekarzom rezygnując z następujących postulatów, będących źródłem konfliktu:

  • przekazywania na badania 10% funduszy gwarantowanych kontraktem z NFZ,
  • świadczenia pacjentom całodobowej opieki zdrowotnej,
  • ponoszenia kosztów transportu pacjentów do szpitala,
  • pracy w soboty do południa.

Ponoszenie kosztów transportu pacjentów do szpitala można jeszcze zrozumieć, to czy pozostałe obowiązki, aż tak godziły w ZOZ’y by odciąć 10 milionów polaków od podstawowej opieki zdrowotnej? Odpowiedź pozostawiam wam drodzy czytelniczy. Mnie osobiście, brak opieki całodobowej czy weekendowej i świątecznej w przychodni, do której należę przeszkadza najbardziej. Jestem jak większość Polaków skazany na fabrykę, w której w dni wolne do lekarza czeka mnie kilkugodzinna kolejka, tylko po to by dostać dwie aspiryny i zgłosić się do swojego lekarza w poniedziałek. O skierowaniu do specjalisty już nie wspomnę. Jako obywatel, nie godzę się na takie przywileje dla lekarzy. Skoro policjant czy strażak, będący również przedstawicielem służby publicznej ma obowiązek służyć w dni wolne i święta tak mam prawo wymagać tego samego od lekarzy.

Rok 2006

1 stycznia 2006 roku przygotował nam finał kolejnej odsłony konfliktu lekarzy rodzinnych z polskim rządem. Tym razem podłożem były przygotowywane zmiany zasad kontraktacji, odbierające lekarzom częściowo możliwość negocjacji z NFZ. Próba ograniczenia możliwości buntu wywołała zdecydowaną reakcję z obu stron. Moją uwagę i szacunek przykuł ówczesny Wicepremier i Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji – Ludwik Dorn. Groźbą przymusowego wcielenia do wojska lekarzy narażających, poprzez zamknięcie ośrodków zdrowia, zdrowie pacjentów. Pomysł trącający z jednej strony zapędami autorytarnymi, z drugiej strony zapewniający funkcjonowanie struktur państwa, miał pozwolić uniknąć sytuacji z 1 stycznia 2004r. Jednakże kolejny raz próba ukrócenia samowoli lekarzy POZ rozbiła się o słupki poparcia. Zbigniew Religa i Jerzy Miller ugięli się ustępując kolejny raz lekarzom, których apetyt by wpływać na władzę rósł w tempie logarytmicznym.

Rok 2007

Był rokiem, w którym Porozumienie Zielonogórskie pozbyło się reszty fasad apolityczności. Podpisując pakt z Platformą Obywatelską, na mocy którego w gabinetach lekarzy rodzinnych zawisnąć miały plakaty wyborcze kandydatów PO, pokazało prawdziwe oblicze swojej inicjatywy. Potwierdził to także Donald Tusk, mianując po wygranych wyborach Marka Twardowskiego na wiceministra zdrowia. Przejście głównego negocjatora Porozumienia Zielonogórskiego do rządu spowodowało marginalizację a w konsekwencji odejście założycieli z tej organizacji.

Punkt bez powrotu

Minione lata raczyły nas kolejnymi epizodami walki lekarzy z rządem. Raz poszło o listę leków refundowanych innym razem o kontrolę ubezpieczonych. Za każdym razem, gdy próbowano ucywilizować, bądź uszczelnić chory system rząd trafiał na mur lekarskiego oporu, i we wszystkich przypadkach cofał się cementując patologię. Dziś wiemy już, że ten stan rzeczy nie może trwać wiecznie i konieczna jest gruntowa reforma przywracająca normalność. Polska służba zdrowia osiągnęła punkt bez powrotu, za którym niechybnie rozbije się o ścianę własnej niewydolności. Już dziś szybciej zarezerwujemy miejsce na cmentarzu i termin pogrzebu niż miejsce u specjalisty, który być może przedłuży nam życie. Jest to tym bardziej oburzające, że współczynnik umieralności na nowotwory mamy jeden z najwyższych w Europie. Podobnie jest z chorobami serca i układu krążenia. W całym tym sporze jedynymi, którzy regularnie tracą jesteśmy my – osoby bez medycznego wykształcenia, pozwalającego nam zdiagnozować siebie samemu lub sąsiada o innej specjalizacji – czyli pacjenci.

Czas Arłukowicza.

O obecnym ministrze zdrowia Bartoszu Arłukowiczu mogłem do te pory powiedzieć wiele, lecz nie to że był dobrym ministrem. Swoimi działaniami wdał się jednak w spór, w którym swoją postawą zyskał uznanie zarówno w moich oczach, jak i wielu osób z którymi na ten temat rozmawiam. W czym zatem obecny spór jest inny od poprzednich, w które uwikłany był minister Arłukowicz.

Bartosz Arłukowicz w rządzie Donalda Tuska był uznawany za jednego z hamulcowych, osób odpowiedzialnych za spadek poparcia dla rządu jak i Platformy Obywatelskiej. Nie występował publicznie, efekty jego pracy nie były widoczne, był po prostu przezroczystym ministrem. Niemniej jednak przyduszony przez swojego pryncypała obiecał jedną ważną rzecz – skrócenie kolejek do specjalistów, w szczególności dla osób z rozpoznaniem nowotworu.

Czym zatem naraził się nasz szanowny Pan Minister? Niewiadomo. Media podają różne przyczyny, zdania wśród lekarzy również są w tej sprawie podzielone. Jedni twierdzą, że pakiet kolejkowy czy onkologiczny jest niedopracowany inni zaś, że na lekarzy POZ nałożono kolejne obowiązki. Przyjrzyjmy się jednak sprawie obiektywnie.

Przychodnie zamknięte – powód brak kontraktów.

Wielu pacjentów rok 2015 przywitało odbijając się od drzwi zamkniętych przychodni. Powód – brak podpisanych kontraktów na 2015r. Cóż takiego było w tych kontraktach, że część lekarzy zdecydowało się zawiesić działalność refundowaną?

Stawka kapitacyjna 2015

Według Porozumienia Zielonogórskiego pakiet kolejkowy i onkologiczny dołożył lekarzom POZ następujące obowiązki:

  • 9 dodatkowych badań pakietu onkologicznego,
  • wypisywanie skierowań do okulisty i dermatologa,

Doszła nam duża grupa pacjentów dermatologicznych, mających problemy z układem krążenia, jak również onkologicznych. Ci chorzy wymagają, aby poświęcić im więcej czasu, zrobienia większej ilości badań

– tłumaczy szef PZ Jacek Krajewski.

Przyjrzyjmy się zatem jakie obowiązki do tej pory leżą w gestii lekarzy POZ.
Lekarz Podstawowej Opieki Zdrowotnej:

  • kieruje pacjenta na badania laboratoryjne
  • kieruje na kosztowne badania diagnostyczne
  • kieruje pacjenta do lekarza specjalisty lub do szpitala
  • wypisuje recepty według zalecenia lekarza specjalisty
  • kieruje na zabiegi w gabinecie zabiegowym i w domu pacjenta
  • kieruje na rehabilitację
  • kieruje na leczenie uzdrowiskowe
  • badania dla dorosłych: OB, morfologia krwi, mocz, RTG klatki piersiowej, EKG oraz zaświadczenie potwierdzające rozpoznanie zasadnicze będące podstawą wystawienia skierowania.
  • badania dla dzieci: OB, morfologia, mocz, badanie kału na obecność jaj pasożytów

Czy zatem dołożenie tych obowiązków jest tak obciążające, że lekarze nie będą w stanie zaopiekować pozostałymi pacjentami? Cóż informacja Ministerstwa Zdrowia o podpisaniu przez lekarzy POZ kontraktów w 85% a przez przychodnie POZ w 79% wydaje się zadawać kłam tej tezie.

Bo to co mnie podnieca to się nazywa Kasa…

Zatem o co chodzi w sporze z ministerstwem? Z tej samej informacji Porozumienia Zielonogórskiego w 2014r roczna stawka podstawowa na pacjenta POZ wynosiła 98 zł. dodatkowo wyceniane były: choroby przewlekłe + 30 zł, osoby nieubezpieczone (tzw. czerwony EWUŚ) +9 zł, infekcje +1 zł. W całkowitym rozrachunku w przypadku pacjenta spełniającego wszystkie powyższe kryteria – a logicznie postrzegając spełniać je mogą jedynie bezdomni – lekarz otrzymywał rocznie 136 złotych.

W wycenie kontraktów na 2015r. NFZ zrezygnował z dopłat obejmując wszystkich pacjentów jednakową stawką, stanowiącą sumę stawki podstawowej i dopłat. Dał więc 40 złotych na głowę podwyżki. Mało? Jeżeli spojrzymy, że w 2014 maksymalną stawkę otrzymywał lekarz za niewielki odsetek pacjentów zaczyna zmieniać to optykę (Porozumienie zapomniało dodać, że dodatkowe 40 zł. w całokształcie urosło do sumy 1 miliarda złotych).

By położyć jeszcze większy akcent na skalę podwyżki przyjrzyjmy się liczbom w ujęciu całorocznym. Jak podaje wcześniej cytowany pan Krajewski:

Obecnie lekarz rodzinny codziennie przyjmuje ok. 45 pacjentów, po zmianach może być o 10 więcej.

45 pacjentów dziennie przyjmowanych przez 250 dni roboczych w roku przy średniej 4 wizyt pacjenta w roku (oficjalne dane mówią iż statystyczny polak średnio 7.9 razy do roku odwiedza gabinet lekarski w tym jedynie w 52% lekarzy POZ) daje 2812,5 stawki rocznej.

W 2014 bez dopłat było to 270 000 zł na lekarza w 2015 o 112 500 zł więcej (382 500 zł w ujęciu całkowitym.) Powyższe wyliczenia nie uwzględniają zwyżki pacjentów, która przy zapewnieniu tego samego poziomu usług naturalnie wymusza wzrost zatrudnienia.

I w tym ostatnim tkwi sedno problemu. Cytując dalej Pana Krajewskiego:

Znaczy to, że średnio jednemu pacjentowi lekarz będzie mógł poświęcić niecałe 9 minut! – Pracujemy trochę jak przy taśmie.

Z wypowiedzi wnioskuję, że w Polsce jest za mało lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Przez z grubsza 11 lat naszego członkostwa w Unii Europejskiej wszelki nadmiar lekarzy był eksportowany do Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Norwegii. Akademie medyczne kształciły jedynie lekarzy specjalistów i to tak w deficytowej ilości.

Życie nauczyło mnie jednak słuchać racji obu stron. Wypowiedź Ministra Arłukowicza wydaje się przeczyć wysnuwanej przeze mnie tezie:

Chciałbym też zachęcić wszystkich pacjentów do zmiany lekarza rodzinnego, po prostu. Bo jeśli lekarz rodzinny rok w rok straszy pacjentów zamknięciem gabinetów, to pomylił misję lekarza z misją biznesmena – powiedział minister. – Uruchomiliśmy procedury i ułatwiamy w tej chwili maksymalnie otwieranie POZ-ów i zachęcamy wszystkich lekarzy – także pediatrów i internistów – do otwierania tych przychodni. To nie jest tak, że lekarze PZ są nie do zastąpienia. Dlatego zwracam się do pacjentów o to, żeby przepisywali się do innych praktyk POZ – tych, które są otwarte.

Można zastąpić czy też nie?

Jak to więc w rzeczywistości jest. Można zastąpić lekarzy, którzy nie podpisali kontraktu? Czy też mamy braki w tej dziedzinie? Pobieżne przejrzenie ogłoszeń na hasło „lekarz szuka pracy” pokazuje, że jednak w naszym kraju pozostały rezerwy. Skoro mamy więc w naszym kraju lekarzy poszukujących zatrudnienia, to dlaczego w 1000 placówek służby zdrowia w naszym kraju nie znajdą zatrudnienia przy obsłudze dodatkowej liczby pacjentów? Na to pytanie odpowiedź znają chyba jedynie lekarze trzymający w szachu pacjentów.

Dokumentacja medyczna w roli zakładnika.

Trzymanie w szachu pacjentów już wcześniej przynosiło pozytywne efekty w negocjacjach z rządem. Skoro wielokrotnie kolejne rządy ustępowały to czemu i tym razem miałyby się nie ugiąć. Zamknięcie przychodni stanowi niezłą kartę przetargową, wściekłym pacjentom łatwiej było wmówić, że winę za ten stan rzeczy ponosi czy rząd czy minister zdrowia. Do momentu gdy trafiła kosa na kamień, a konkretnie na ministra dla którego, sukces to polityczne być a nie być. Co nie jest tajemnicą, skrócenie kolejek do specjalistów jak i przyspieszenie diagnostyki onkologicznej to ostatnia szansa dla Ministra Arłukowicza na pozostanie w rządzie. Stąd gdy pomysły te trafiły na opór materii w postaci Porozumienia Zielonogórskiego, Pan Minister przeszedł do kontrofensywy.

Szczerą prawdą, która w ostatnich latach w polskiej polityce jest towarem deficytowym, ujął wszystkich tych, którzy postrzegają świat nie przez pryzmat papki medialnej serwowanej przez jedną czy drugą stację, lecz przez obserwację otaczającego ich świata.

Prawda jest taka, że w obecnie funkcjonującej rzeczywistości, chorej, lecz legalnej, dokumentacja medyczna stanowi swoiste alter ego dowodu osobistego w świecie służby zdrowia. Bez niej obywatel może w przyjść do ZOZ’u co najwyżej skorzystać z toalety lub napić się wody z dystrybutora. Bez niej arcytrudnym zadaniem będzie uzyskanie podstawowych świadczeń lub co gorsza zmiana przychodni. Lekarze doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego niewzruszeni na groźby i prośby pozostawiają przychodnie zamknięte. Otwarcie ich, bez kontraktu z NFZ oznaczałoby niechybną śmierć poprzez bankructwo. Tymczasem szantażem wskórają więcej.

By nie być jednostronnym, muszę przyznać, że obecny kształt służby zdrowia woła głośno o reformę. Jest ona nierentowna, niewydolna i szkodliwa. Tylko czy reformowanie musi odbywać się pod lufami karabinów, w atmosferze terroru, w której zakładnikami są pacjenci i ich dokumentacja?

Jak nie w kamasze to zarzutami.

Otóż taki stan rzeczy zależy w dużej mierze od nas samych. Gdyby przeciętny Polak był świadomy swych praw, wiedziałby, że jego dokumentacja medyczna stanowi jego własność, a jakakolwiek forma jej przetrzymywania może spełniać przesłanki przewłaszczenia.

Art. 284.§ 2. Kodeksu karnego mówi wyraźnie

Kto przywłaszcza sobie powierzoną mu rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Czym jest dokumentacja jak nie rzeczą ruchomą, w dodatku powierzoną ośrodkowi zdrowia na przechowanie w celu łatwego dostępu. Dlaczego przeciętny Kowalski, który natrafił na zamknięte drzwi przychodni nie złoży do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Dodatkowo, jeżeli wspomniany Kowalski, w wyniku zdenerwowania trafiłby na szpitalny oddział ratunkowy, gdzie w wyniku brak dokumentacji zostałby źle zdiagnozowany, lub jego dziecko w wyniku złej diagnozy poniosłoby uszczerbek na zdrowiu, powinien złożyć doniesienie z mocy Art. 160 § 1. Kodeksu Karnego.

Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

O tym czy popełnili wspomniane czyny, czy też nie niech zadecyduje najpierw prokurator a następnie niezawisły sąd.

Epilog.

Zakończenie niniejszego tekstu niech będzie zarazem apelem do Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza.

Panie Ministrze,

Z uwagą, jako obywatel i wyborca, obserwuję dotychczasowe działania kolejnych rządów i ministrów w sprawie naprawy funkcjonującego systemu opieki zdrowotnej. Do dziś, ze wszystkich Ministrów zdrowia od 1999r. jedynie Pan miał na tyle determinacji by przeciwstawić się mniejszościowemu lobby traktującemu publiczną służbę zdrowia jak dojną krowę, z której w imię własnych interesów można wyssać każdą złotówkę, nie dbając o przysięgę Hipokratesa i dobro pacjentów.

Mam wielką nadzieję, że w swoim dążeniu do uzdrowienia publicznego systemu opieki zdrowotnej wytrwa Pan i w przeciwieństwie do swoich poprzedników, nie cofnie się ani o krok przed tymi, którym wprowadzane w tym kształcie zmiany są nie na rękę. Co więcej, liczę na to, iż po zwycięskim starciu pójdzie Pan za ciosem i w porozumieniu z większością, bardziej empatyczną, środowiska lekarskiego wypracuje Pan projekt reformy likwidującej obecne patologie i uzdrawiającej system.

Pana działania w ostatnich dniach pokazują wyraźnie, że jest Pan prawdziwym człowiekiem lewicy, nakierowanym przede wszystkim na obywatela, potrafiącym stanowczo przeciwstawić się tym wszystkim, których interesy szkodzą społeczeństwu.

Panie Ministrze, wcześniejszą Pana działalność w Ministerstwie Zdrowia oceniałem co najwyżej przeciętnie, jednakże udowodnił Pan, że warto zaufać lekarzowi na tym stanowisku. Dziś widzę, że wolę walki o małych pacjentów, wykutą przez lata w zawodzie pediatry, przelał Pan w wolę walki o dobro ogółu pacjentów piastując urząd Ministra Zdrowia.

Z wyrazami szacunku.
Autor.

Permalink do tego artykułu: http://www.lewicowy-obserwator.pl/bartosz-arlukowicz-kontra-porozumienie-zielonogorskie-kto-wygra-to-starcie/

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: