Społeczeństwo 2.0 – Opłata reprograficzna czyli jak twórcy łupią twórców.

 

Poszukując materiałów na temat odbywającego się dzisiaj w Toruniu spotkania dotyczącego “dozwolonego użytku osobistego” trafiłem na dość ciekawy artykuł poświęcony zagadnieniom pewnej opłaty, którą na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi uiszcza praktycznie każdy z nas. Część robi to mniej, część bardziej świadomie jednakże tylko nieliczni mają świadomość zbójeckiej jej natury. Nie od parady opłatę reprograficzną, bo o niej w niniejszym artykule mowa, nazwano mniej lub bardziej szczęśliwie “podatkiem od piractwa”. Po krótkiej wymianie korespondencji autorzy bloga zgodzili się na publikację tej treści na łamach Lewicowego Obserwatora.

Tekst co prawda przytaczam w całości, jednakże oryginalna treść znajduje się na blogu itwbiznesie.pl. Czy autor, piszący z perspektywy, twórcy słusznie zauważa bezsens i niesprawiedliwość społeczną tego rozwiązania – oceńcie sami. Zapraszam do lektury.

W trakcie porannego przeglądu mediów społecznościowych moją uwagę przykuło zaproszenie na pewną dyskusję panelową poświęconą prawu autorskiemu. Ze względu na wykonywany zawód i fakt, że także jestem twórcą postanowiłem zapoznać się z jego treścią. Osoba zapraszająca przedstawiła dyskusję w następujący sposób:

Zapraszam na ciekawy panel dyskusyjny zatytułowany „Piractwo czy dozwolony użytek”. Rozmowa będzie dotyczyła prawa dozwolonego użytku i nowoczesnego modelu zarządzania kulturą.

Adres i miejsce tegoż wydarzenia są mało istotne, ważniejsza dla tego artykułu jest koncepcja samego panelu:

W XXI wieku nielegalne kopiowanie i dozwolony użytek przenikają się, a opłata reprograficzna w obecnej formie nie pasuje do realnych zachowań konsumentów. Jedyną szansą dla twórców jest przekonywanie użytkowników do wyboru legalnych źródeł kultury i sprzedawanie treści na wielu platformach â fizycznych i cyfrowych. Dodatkowo trzeba budować więzi pomiędzy artystami i ich odbiorcami. Czym jest opłata reprograficzna? Czy istnieje tzw. „podatek od piractwo? Co użytkownicy Internetu mogą, a czego nie mogą robić z dostępnymi w Sieci materiałami?

Już sam zarys podniósł mi bardziej ciśnienie niż poranna kawa i papieros. Stykając się na co dzień od lat z w/w tematyką wyrobiłem sobie prawie autorskim, żeby było sprawiedliwie – nie tylko polskim – niezbyt pochlebną opinię. Termin opłata reprograficzna zaś idiotycznie kiedyś nazwana „podatkiem od piractwa” powoduje zaś bezwarunkowy odruch ciskania okolicznymi przedmiotami w bliżej nieokreślonym kierunku. Czemu budzi to we mnie takie emocje? Powodów jest wiele, część z nich opiszę właśnie w niniejszym artykule.

Podatek od piractwa.

Zacznijmy od tego czym jest opłata reprograficzna. W zamyśle twórców tej daniny opłata reprograficzna miała być rekompensatą za utracone, domniemane korzyści twórców wynikające z dokonywania przez nabywców legalnych kopii utworów legalnie nabytych. Nazywanie jej więc w przekazie medialnym „podatkiem od piractwa” jest uproszczeniem mylnym i dezorientującym z dwóch prostych powodów. Danina ta po pierwsze nie spełnia wszystkich cech definicji podatku, po drugie ma rekompensować straty wynikłe z legalnego zwielokrotniania utworu.

Z definicji więc, twórcy powinni być zwolnieni z tej opłaty w zakresie wykorzystywania środków reprodukcyjnych w zakresie własnej twórczości, a w przypadku braku możliwości takiego zwolnienia opłata winna być im zwrócona.

Mimo, iż tezy z powyższego akapitu wydają się logiczne i uzasadnione, są jedynie mrzonkami i właśnie ta iluzoryczność tejże daniny budzi we mnie tak wielkie emocje. Nie istnieje bowiem realny sposób zweryfikować, że nabywany nośnik lub urządzenie będzie wykorzystywane w pracy twórczej. Co gorsza w erze cyfryzacji społeczeństwa, gdzie każdy z nas może być twórcą, coraz większa część społeczeństwa wytwarza szeroko rozumiane utwory jedynie z potrzeby własnej samorealizacji nie oczekują w zamian wynagrodzenia. Potwierdzeniem tej tezy jest choćby rosnący z roku na rok udział open source w rynku oprogramowania. Zapoczątkowana w 1998r. przez Johna Maddoga Halla, Larry’ego Augustina, Erica Raymonda i Bruce’a Perensa rewolucja informatyczna szybko, dzięki Internetowi, przeniosła się na inne pola twórczości.

Wolna twórczość (pozornie) bezpłatna.

Powstały, na skutek działalności wyżej wymienionych osób, ruch open source od początku był solą w oku koncernów tworzących oprogramowanie. W umysłach zarządów tych ostatnich nie mieściło się bowiem jak „kurę znoszącą złote jaja” można rozdawać za darmo. Z czasem jednak i tuzy informatycznego biznesu zrozumiały, że oferując wolne (lub otwarte) oprogramowanie, można zarobić nieporównywalnie większe pieniądze na wsparciu technicznym i usługach dodatkowych. Podobne tendencje obserwujemy również na innych polach działalności twórczej. Kim bowiem byłby znienawidzony przez wielu celebrytów, kwestionujących na każdym kroku jego talent, Justin Bieber, który swą zawrotną karierę rozpoczął od darmowej dystrybucji swojej twórczości na kanale Youtube. Przykładów wokół znajdziemy zresztą o wiele więcej.

Wolna twórczość , z założenia bezpłatna, choć nie przynosi przychodu twórcom nie jest jednak bezpłatna. Chcąc nagrać sobie – legalną kopię – dystrybucji Linuksa musimy jednak zakupić nośnik płacąc przy tym opłatę reprograficzną, której część winna zrekompensować utracone przez twórcę – dzieła udostępnionego bez opłat – korzyści.

Jak już zdążyłem przedstawić, pobierana opłata reprograficzna nie we wszystkich przypadkach spełnia swój cel społeczny i ekonomiczny. Argumenty przytoczone powyżej już dość solidnie poddają w wątpliwość sens jej pobierania. Gdy przyjrzymy się sprawie dalej i prześledzimy jaką drogą trafia ona do kieszeni twórców, a także czy trafia ona do wszystkich zainteresowanych resztki argumentacji za sensem jej istnienia mogą legnąć w gruzach.

Obywatel kopiuje – twórca płaci rekompensatę

Opłata reprograficzna doliczana do ceny urządzeń i nośników służących do kopiowania jest uiszczana na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi przez importerów i producentów. W Polsce jej wysokość waha się od 1 ~3% wartości towaru objętego tym obowiązkiem. Sam fakt ustalenia wysokości rekompensaty w postaci procentowej budzi moje wątpliwości. Przeciętny Kowalski, który to winien rekompensować twórcom utracone korzyści na skutek korzystania z praw dozwolonego użytku prywatnego, kieruje się przy zakupie sprzętu i nośników głównie czynnikiem cenowym. Jakość przed cenę przedkładają przeważnie profesjonaliści potrzebujący wysokiej jakości sprzętu do pracy zarobkowej – co za tym idzie w grupie płacących najwyższe rekompensaty są przeważnie sami twórcy. Kolejny absurd? Być może, jeżeli opłata ta w całości do nich wraca – niekoniecznie. Przyjrzyjmy się zatem pośrednikowi, który inkasując opłatę ma zwrócić ją twórcom.

Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi

Zgodnie z decyzjami administracyjnymi wydanymi przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Polsce funkcjonują następujące organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi:

  • Stowarzyszenie Polski Rynek Oprogramowania PRO
  • Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno-Muzycznych (SAWP)
  • Związek Polskich Artystów Plastyków (ZPAP)
  • Związek Artystów Scen Polskich (ZASP)
  • Stowarzyszenie Autorów ZAiKS
  • Stowarzyszenie Twórców Ludowych
  • Związek Producentów Audio-Video (ZPAV)
  • Stowarzyszenie Filmowców Polskich (SFP)
  • Związek Polskich Artystów Fotografików (ZPAF)
  • Związek Artystów Wykonawców STOART
  • Stowarzyszenie Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych „KOPIPOL”
  • Stowarzyszenie Architektów Polskich (SARP)
  • Stowarzyszenie Producentów i Dystrybutorów Oprogramowania Rozrywkowego (SPIDOR)
  • Stowarzyszenie Aktorów Filmowych i Telewizyjnych (SAFT)
  • Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Polska Książka”
  • Stowarzyszenie Wydawców REPROPOL

Sporo. Jak też zauważymy, część z nich ma pokrywające się pola twórczości, w związku z czym nie można jednoznacznie stwierdzić, że są oni jedynymi reprezentantami danej grupy twórców. Niemniej organizacje zbiorowego zarządzania po potrąceniu kosztów inkasa opłat przekazują część otrzymanych kwot twórcom jako rekompensatę za zwielokrotnianie ich utworów na użytek osobisty przez osoby fizyczne. Proste! Wystarczy zapisać się do danego Związku lub Stowarzyszenia by brać udział w podziale tego wypchanego złotówkami tortu. Niekoniecznie.

Po pierwsze najpierw należy zostać przyjętym do danej organizacji zbiorowego zarządzania, a z tym jak pokazuje szybka kwerenda stron internetowych organizacji wcale nie jest łatwo. Przykładowo Stowarzyszenie Polski Rynek Oprogramowania PRO wymaga by indywidualny twórcza do zgłoszenia dołączył rekomendację dwóch członków organizacji (osoby prawne nie muszą już spełniać tego wymogu), podobne wymogi ma także ZAiKS, przy czym decyzję o przyjęciu w poczet członków uzależnia od dorobku, czy ZPAV. Jak widać organizacje te już na samym wstępie nie są łatwo dostępne dla wszystkich zainteresowanych, a uzyskanie członkostwa jest utrudnione choć przy sporej dawce determinacji nie niemożliwe.

Po drugie należy uiścić składkę członkowską. Wymieniony wyżej Polski Rynek Oprogramowania liczy sobie miesięcznie 400 zł od firmy a 30 zł od indywidualnego twórcy. Trochę lepiej wypada tu ZPAV ze składkami analogicznie 50 i 10 zł rocznie. ZAiKS pobiera zaś wpisowe, którego wysokości mimo usilnych prób nie udało mi się ustalić oraz składkę członkowską w wysokości 10 zł miesięcznie a także opłatę na enigmatyczny fundusz społeczny w wysokości 150 zł rocznie. Najgorzej w tym zestawieniu wypada Polski Rynek Oprogramowania, gdyż opłata dla firmy wymaga odpowiedniego wolumenu sprzedaży by stać się ekonomicznie uzasadnioną.

Ekonomika przedsięwzięcia jest zresztą kluczowa również dla istnienia tych organizacji. Wyobraźmy sobie bowiem, że staną one otworem dla szerokiego grona twórców. Wówczas miliony uzyskane z tytułu opłaty reprograficznej a także innych danin trzeba by dzielić nie pomiędzy kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy podmiotów a w zależności od szacunków od 1 do 2,5 miliona. Takie zwiększenie skali, które zresztą nie uwzględnia twórczości amatorskiej, zmniejszyłoby, i tak okrojone przez koszty własne OZZ, śmiesznie niskimi.

Utrzymywanie fikcyjnego statusu quo gdzie nieświadomy obywatel płaci, bo musi, nieświadomy twórca siedzi cicho bo nie wie, jest na rękę jedynie nielicznej lecz potężnej grupie osób skupionych wokół Organizacji Zbiorowego Zarządzania prawami autorskimi, pilnujących ściągalności danin i utrzymujących hermetyczność kręgu osób dopuszczonych do dzielenia finansowego tortu.

Osobiście jako skromny artysta, tworzący po części zawodowo, z racji wykształcenia i umiejętności, po części amatorsko na tych polach pracy twórczej pokrywających się z moimi zainteresowaniami jestem całym sercem za likwidacją finansowania OZZ’tów z pieniędzy obywateli.

My mali od tego nie zbiedniejemy, ci duzi skupią się wówczas może na dostarczeniu obywatelowi bardziej dopracowanych dzieł w cenie adekwatnej do możliwości finansowych społeczeństwa. W sklepach część asortymentu, niekiedy zaliczanego do dóbr luksusowych lecz w większości przypadków do dóbr codziennego użytku będzie można nabyć odrobinę taniej. Zaoszczędzone pieniądze społeczeństwo z czasem zacznie przeznaczać właśnie na kulturę i sztukę zmniejszając skalę nielegalnego obrotu twórczością intelektualną. Tylko zbiorowemu zarządowi praw autorskich będzie nie w smak, gdyż zostanie on z jednej strony pozbawiony sensu istnienia, z drugiej zaś stałego źródła finansowania.

Tym wszystkim, którzy tak lubują się w terminie „podatku od piractwa” proponuję zacząć nazywać opłatę reprograficzną po słusznym jej imieniu „pirackiego podatku”. Parafrazując bowiem artykuł 15. Konwencji o morzu pełnym sporządzonej w Genewie dnia 29 kwietnia 1958 r.

Piractwo to wszelki nielegalny akt gwałtu lub wszelki rabunek dokonany dla celów osobistych przez silniejszych skierowany bezpośrednio przeciwko słabszym…

Permalink do tego artykułu: http://www.lewicowy-obserwator.pl/spoleczenstwo-2-0-oplata-reprograficzna-czyli-jak-tworcy-lupia-tworcow/

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: